Moje miasto - Aachen

Elisenbrunnen, górzysty Lousberg, drzewa w Westpark, most na Burtscheid, nawet Lidl przy Jupp-Müller-Straße i Jubiler na Bushofie – wszystko to jest moje.

Aachen poznałam kilka lat temu. Początkowo wcale mnie nie urzekło. Zainteresowana byłam jedynie, jako wierna fanka piłki nożnej, stadionem Tivoli. Zaciągnęłam tam moją biedną siostrę i byłam bardzo podekscytowana tym, że mogę wejść na murawę. Ba! Zabrałam nawet jakąś brudną szmatkę do czyszczenia krzesełek poczciwemu oddźwiernemu (szmatka do dziś wisi na zaszczytnym miejscu w moim pokoju w domu rodzinnym, ot, taki sentymentalizm – ale wzrok mojej siostry, wyrażający politowanie dla mojego zachowania wywołuje u mnie uśmiech do dziś). Z pierwszej wizyty w Aachen pamiętam najbardziej góry w drodze do centrum i Chińczyków, z którymi dzieliliśmy łazienkę. Pamiętam też, że czytałam „Wyznania Gejszy”. To była ostatnia książka jaką tu, w Aachen, przeczytałam. Bo teraz już nie mam na to czasu.

Aachen wiele mnie nauczyło. Co najważniejsze, objaśniło znaczenie słowa „tolerancja”. Jeśli kiedyś myślałam, że na świecie żyją tylko reprezentanci rasy białej, tu doznałam olśnienia. W Aachen, jak i w całych zachodnich Niemczech, mieszkają przedstawiciele różnych nacji. Nie mogło mi się to kiedyś pomieścić w głowie, jak w jednym miejscu może być Japończyk, Marokańczyk, Rosjanin, Argentyńczyk i Polak. Teraz to właśnie najbardziej tu doceniam. Uwielbiam tych ludzi, ich historie. Uwielbiam ich obserwować, rozmawiać z nimi, poznawać ich kulturę i poglądy. Pamiętam mój pierwszy kontakt z muzułmańskim Ramadanem i moje zdziwienie na wieść o tym, że jest duża grupa osób, które przez cały miesiąc jedzą tylko po zmroku (ale to co jedzą, rekompensuje im wszystko)! Wiem, że Ramadan trwa właśnie teraz i nie proponuję moim muzułmańskim znajomym herbaty. Nigdy nie zapomnę też karnawału w Kolonii, który świętowałam w gronie bliskich mi osób. Na ulicach wielkiego miasta, w nocy, nie było osoby nieprzebranej, bawiącej się. Było głośno, wszyscy ze sobą rozmawiali. Nie przeżyłam już nigdy podobnej imprezy. Bawiłam się w gronie Smerfów, Diabłów (ach, jeden z nich naprawdę zawrócił mi w głowie!), więźniów, zakonnic, a nawet podlewaczki do kwiatów i szczoteczki do zębów. Pamiętam też Zug w Rosenmontag, który przemieszczał się po ulicach Aachen. Poprzebierani ludzie na wielkich kolorowych pojazdach, zrzucający słodkości. Nie jestem fanką dzieci i ich rozkrzyczanych czerwonych buziaczków, ale w ten jeden dzień nawet moja wrażliwość na dziecięcą radość została poruszona.

Aachen kojarzyć już zawsze będzie mi się z radością. W tym roku wystarczyły dwa dni w tym mieście, a na mojej zmęczonej po sesji egzaminacyjnej i całym ciężkim dla mnie roku, twarzy pojawił sie znów uśmiech. I to taki od ucha do ucha (a dodam, że lało jak z cebra!). Poznałam wiele niemieckich miast, miasteczek i wsi. Zjeździłam Niemcy wzdłuż i wszerz, ale drugiego takiego miejsca jak Aachen, nie odkryłam.

Aachen to moje miasto, bo tu mam wspaniałych przyjaciół. Bo tu poznałam moją pierwszą wielką miłość. Bo tu miejskim autobusem w 10 minut można pojechać do Belgii lub Holandii (moja koleżanka w tym roku wybrała sie do Kelmis na pieszo!). Bo tu znam wszystkie dziury w płocie w Kurpark. Bo tu o 3 w nocy kąpałam się w fontannie na Europaplatz. Bo tu pokochałam podróżowanie pociągiem. Bo tu wiem, że najlepiej kupować u Turka. Bo tu mogę siedzieć godzinami na schodach na Elisenbrünen i uśmiechać się do ludzi. Bo tu o 6 codziennie przeklinam ciężarówki przyjeżdżające do pobliskiego supermarketu. Bo tu budzę się rano i uśmiecham się do siebie. Aachen to moje miasto, bo tu czuje się jak w domu.