Artykuły

Wartościowa Przyjaźń

Aleksandra Hacia
W pierwszą niedziele sierpnia obchodzimy Międzynarodowy Dzień Przyjaźni. Jest to doskonała okazja do tego, aby zastanowić się nad tym czym jest przyjaźń i jak bardzo jest nam potrzebna we współczesnym świecie.

Na temat przyjaźni powstało wiele utworów, wierszów, anegdot. Temat ten był poruszany praktycznie od zawsze. Już w starożytności Arystoteles wypowiadał się na temat przyjaźni. Rozróżniał jej dwa rodzaje: przyjaźń idealną, która jest wartością samą w sobie oraz  przyjaźń, która ma spełniać jakiś cel na przykład przyjemność lub użyteczność.

Nie ulega wątpliwości, że potrzeba przyjaźni jest jedną z głównych potrzeb człowieka. Każdy z nas pragnie mieć osobę, której może bezgranicznie zaufać i powierzyć swoje troski. Nie każda jednak nowopoznana osoba zostanie naszym przyjacielem. Ważne jest, aby znaleźć kogoś o podobnych wartościach, poglądach lub zainteresowaniach. We współczesnym, zabieganym świecie nie jest to jednak takie łatwe.

Różne są sposoby spotkania prawdziwego przyjaciela. Niektórzy znajdują go w szkole, inni w pracy. Ostatnio bardzo popularnym sposobem szukania bratniej duszy są portale społecznościowe. Jednym z nich jest serwis znajomapolonia.com Jest to serwis dla osób, które starają się żyć według wartości katolickich. Jedni na serwisie szukają miłości, inni przyjaźni. Wszyscy są jednak nastawieni na znalezienie wartościowej osoby, wartościowej znajomości.  Tak, aby w myśl podziału Arystotelesa odnaleźć przyjaźń idealną, czyli tą która jest wartością samą w sobie.

Niezależnie od tego, w jaki sposób będziemy szukać przyjaźni ważne jest, aby odpowiedzieć sobie na pytanie: Czy potrafię być dla kogoś przyjacielem? To znaczy, czy potrafię znaleźć czas dla drugiej osoby, czy potrafię zatroszczyć się o drugiego człowieka. Jeśli tak, to przyjaźń na pewno prędzej, czy później pojawi się w naszym życiu.

Jeśli mamy to szczęście i posiadamy  prawdziwych, oddanych  przyjaciół to warto w Międzynarodowy Dzień Przyjaźni odezwać się do nich i podziękować za to, że są lub po prostu spędzić razem trochę czasu. Taka inicjatywa z pewnością zaowocuje i  umocni więzi przyjaźni.

Arboretum duszy mojej - o znanym w Niemczech rzeźbiarzu polskim Janie de Weryha – Wysoczańskim

Sława Ratajczak
Ci, którzy oglądają po raz pierwszy jego prace, zastanawiają się skąd tyle pomysłów i tyle możliwości twórczych. Bezmierna wydaje się także skala idei i konceptów. Zadziwia ekspresja obiektów, wykonanych tylko i jedynie w drewnie, odwołujących się do natury i życia. Dziesiątki wystaw, katalogów, setki artykułów w polskiej i  niemieckiej prasie, polskie prace magisterskie,  eksponaty w naszych muzeach są świadectwem niezwykłej kariery artysty, który ma w sobie upór i determinację samego Odyseusza z homeryckiej epopei.  Jego dzieła są zarówno dla Niemców jak i Polaków punktem odniesienia do przemyśleń nad istotą człowieczej wolności, wartości i siły, europejskiej jedności i  wspólnoty ludzkich celów i ideałów.  Siła przemawia z rzeźb i instalacji,  które wyeksponowane w wielkich przestrzeniach zdają się mówić prawdy,  jakich w codzienności sobie nie uświadamiamy. Tak więc zdumienie jest tą pierwszą reakcją,  jaka towarzyszy każdej wystawie gdańskiego artysty zamieszkałego od trzydziestu lat w Hamburgu.

Latem 1981 roku, jeszcze przed wybuchem stanu wojennego, Jan de Weryha-Wysoczański, absolwent Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku ( był uczniem profesorów: Alfreda Wiśniewskiego i Adama Smolany ) opuścił wraz z rodziną Trójmiasto i wyruszył na Zachód. Była to trudna, nawet rozpaczliwa decyzja. Wiodło mu się nie najgorzej, miał stałe zamówienia, nawet niezłe pienądze. To co wykonywał; statuetki, małe formy, medale nie dawały możliwości pełnej wypowiedzi artystycznej.  Do tego  sytuacja polityczna; atmosfera w środowisku twórców, w szkołach także była dla artysty i jego żony,  młodej polonistki, przytłaczająca, niekiedy nieznośna nawet.  

Ferdynand Wspaniały - kim jet Ferdynand Domaradzki z Berlina ?

Agata Lewandowski
Prawie każdy ze starszego pokolenia zna bajkę o dostojnym psie, który śnił, że był człowiekiem. Wszyscy wychowani na kultowej książce Ludwika Jerzego Kerna wspominają Ferdynanda z sympatią do dziś. Już same imię Ferdynand budzi respekt. Dzisiaj polskim dzieciom w Berlinie nadal to imię kojarzy się z kimś, kto chce dla nich zrobić coś dobrego. Dorośli wiedzą, że Ferdynand Domaradzki – wiceprezes
Polskiego Towarzystwa Szkolnego Oświata, nie myśli o sobie w kategorii „ wspaniały”.
– Chociaż to prawda, że moje imię w Niemczech jest wyjątkowe i nadawano je kiedyś tzw. osobom wysoko urodzonym. Ja urodziłem się zupełnie normalnie koło Świebodzina. Ferdynand to był pomysł mojej mamy, żeby tak nazwać swojego najmłodszego syna z piątki dzieci.
– Psa też mam i to jest czysty owczarek niemiecki, przywieziony spod Gorzowa Wielkopolskiego. Wabi się międzynarodowo – Brando. Niestety, zgermanizował się szybko i teraz słucha tylko niemieckich komend.
– Kota też mam, to przybłęda z Polski. Dobry łowczy kot, bo łapie dużo myszy. Brando z kotem dobrze współżyją, tak, jak ja – Polak na polskim paszporcie – żyję od ponad 30 lat dobrze z Niemcami. Zresztą nigdy nie chciałem tego paszportu oddać. Nie mogłem patrzyć, jak moi koledzy wyrzucali za płot misji wojskowej w Berlinie w stanie wojennym swoje paszporty. Nie rozumiałem tego, przecież paszport to dokument, co łączy mnie z ojczyzną.

Złapać Ferdynanda jest trudno, bo albo go nie ma, czyli pojechał na zebranie do Oświaty, albo jest na polu. A ma co obrabiać, bo aż 40 hektarów ziemi ornej i 20 hektarów łąk, które należą do niego i jego żony Kornelii Qualitz. Domaradzki żartuje, że jest największym rolnikiem w Berlinie, bo Lübars, gdzie mieszka z rodziną, to malownicza podmiejska dzielnica, od wieków leżąca w granicach stolicy Niemiec. Prawdopodobnie Domaradzki jest też największym polskim rolnikiem w całych Niemczech,  tylko trudno to sprawdzić. Ale rolnikiem nigdy nie chciał zostać…
– Ja zawsze chciałem pływać na statkach i jako młody chłopak zdawałem do szkoły morskiej w Szczecinie, ale z powodów zdrowotnych mnie nie przyjęli. Dlatego skończyłem metalurgię na Wyższej Szkole Inżynierskiej w Zielonej Górze. W 81 roku, jako student pojechałem na chwilę do Berlina, żeby dorobić sobie i tak trafiłem do Qualitzów. Mój wtedy przyszły teść od początku traktował mnie z szacunkiem za moja pracę. A moja wtedy przyszła żona – Kornelia, zaimponowała mi tym, jak była pracowita, jak wszystko umiała zrobić w gospodarstwie, nawet prowadzić traktor.

BLASKI I CIENIE ŻYCIA NA OBCZYŹNIE

Krystyna Koziewicz

Opatrzność daje człowiekowi jedno życie, zatem oczywiste jest, że chciałoby się przeżyć jak najlepiej. Zamieszkując w Polsce nie potrafiłam pogodzić się z chronicznym brakiem możliwości wyboru i to niemal w każdej dziedzinie życia. W związku z powyższym nie udało się zrealizować wiele ciekawych pomysłów, osobistych marzeń, nie osiągnęłam też satysfakcji w pracy dydaktycznej etc. Widocznie nie było swobody ruchów i możliwości w sobie i wokół siebie. Owszem istniałam, ale nie żyłam, bo.. co to za życie, kiedy nie możesz załatwić prozaicznych problemów: jak kupno mebla, telewizora, pralki, szynki, banana, telefonu etc. I pomimo tego, że nadeszły w Polsce demokratyczne zmiany, a z nimi  perspektywy na lepsze życie - wybrałam jednak emigrację. Czasem nie mogę uwierzyć, że minęło od tego czasu aż 20 lat. Przeżyłam ten czas w zupełnie innej rzeczywistości .

Kiedy zamieszkałam po zachodniej stronie Berlina, istniał jeszcze mur berliński. W miarę szybko zorientowałam się, że to dobre miejsce dla mnie. Wprawdzie bez szans w wyuczonym zawodzie, co zresztą było do przewidzenia, ale i tak byłam zadowolona z tego, że tu jestem. Wiedziałam, że w kraju emigracji trzeba było się zmierzyć z nowymi problemami, nieraz przykrymi, bo niosły z sobą jedną ,wielką bezradność. Ale starałam się rekompensować ją sobie światem sztuki, który mnie całkowicie pochłonął. Odwiedzałam więc liczne muzea, galerie, bywałam na koncertach i wcale nie musiałam znać języka, by zrozumieć przekaz, który niosła z sobą muzyka czy obraz.

Na emigracji poznałam też smak pracy fizycznej, z pozycji dyrektora w Polsce spadłam do roli sprzątaczki. To normalne, prawie każdy emigrant od tego zaczyna, a dopiero potem, gdy się sprawdzi, może mieć nadzieję na awans. Miałam szczęście dostać się do takiej firmy niemieckiej, w której SZEF w żaden sposób nie pasował do polskich standardów: skromny, każdego pracownika darzył szacunkiem, bez względu na stanowisko, jakie ten ktoś zajmował. Zanim rozpoczynała się praca na wszystkich czekała już kawa, którą najczęściej sam SZEF przygotowywał, który przychodził pierwszy i ostatni wychodził do domu. Tu, w niemieckiej firmie, uświadomiłam sobie, żeby praca przynosiła efekty-należy zwrócić uwagę na tempo pracy. Nie można się spieszyć!

Na Podzamczu u Hrabiego

Slawa Ratajczak

Lokalizacja jest  fantastyczna; u góry Zamek Książąt Pomorskich, u dołu Odra i wejście do portu. Tuż obok Baszta Siedmiu Płaszczy, a kilka kroków dalej Nowa Starówka czyli część Starego Miasta z Rynkiem Siennym i Starym Ratuszem.Wybudowane niedawno kamieniczki wywołują sporo kontrowersji, ale ich różnorodność, sposób zagospodarowania, czy nawet oferta wynajmu przyciągają miejscowych i turystów. Naloty aliantów zniszczyły dawną, gęstą zabudowę tego rejonu Szczecina i przez lata były tu pustkowia, gruzowisko i chaszcze.Dziś jest już czym oko i serce nacieszyć i zanosi się na to, że ten rejon miasta rozkwitnie jeszcze urodą. Doktor Volker hrabia von Zitzewitz do niedawna nie wierzył, że z taką ochotą i szczęściem rozgości się w kraju przodków i że pokocha nadodrzańskie klimaty. W najśmielszych swych marzeniach nie widział się na Pomorzu Zachodnim, które dzięki jego protoplastom rosło ongiś w siłę, bogactwo i sławę.

Doktor Marek Froelich także do niedawna nie przypuszczał, że powróci do swojego Szczecina, że wszystkie swe umiejętności, talent i zdolności rzuci na szalę pracy i kariery w ukochanym mieście. Zanim obaj panowie się spotkali i we wspólnych interesach zgadali, przyszło im budować zawodową pozycję w Niemczech. Tam mieli swoje gabinety, pracę, pacjentów i  to co najważniejsze: sukcesy, uznanie, poważanie. Sukces w stomatologii osiąga się latami ciężkiej pracy. Być dentystą to tak jakby łączyć umiejętności artystyczne z technicznymi , mieć rękę rzemieślnika,  i wiedzę lekarza. Marek Froelich, szczecinianin z urodzenia ukończył tamtejszą Pomorską Akademię Medyczną.Pierwszą pracę podjął w rodzinnym mieście, w przychodni na Abramowskiego. Jednocześnie był dentystą szkolnym (na Głębokiem), bo przecież wielu pracowało na kilku etatach,  jako że zarobki w latach osiemdziesiątych w Polsce nie należały do imponujących. Wcale nie marzył o wyjeździe na Zachód, ani o tym, by Szczecin opuszczać. Miłość zaważyła. Ukochana ściągnęła go do Hamburga, a tam po roku przyszedł na świat pierwszy syn.

Barwy ochronne niemieckiej Polonii - Polo-Niemcy i niemi Polacy - POLITYKA nr 27/2011

Adam Krzeminski
Adam Soboczyński, urodzony w 1976 r. w Toruniu, publicysta „Die Zeit”, który opuścił Polskę w wieku 6 lat i ma z nią dość nikły związek, opowiada dziennikarzowi „Münchner Merkur”, że jego rodzice starali się być w Koblencji niewidoczni, nie rzucać się w oczy jako imigranci. On sam jak najszybciej chciał się pozbyć polskiego akcentu. A po studiach zostać niemieckim krytykiem literackim, który wie wszystko o Kleiście i Gastonie Salvatore, ale nic o Mochnackim i Kuroniu. Dziś Polska – jak mówił w wywiadach – „już mu nie ciąży”. Ani ziębi, ani grzeje. W Niemczech jest rozpoznawany jako Polak jedynie po nazwisku. Nie sądzę, by czuł się częścią Polonii i by go ciągnęło do berlińskiego „Klubu polskich nieudaczników” (instytucja o tej nazwie zajmuje się od 2001 r. polsko-niemiecką wymianą kulturalną).

Ciągnie tam natomiast tych Niemców, których życiowa eskapada poprowadziła w przeciwnym kierunku – z ziemi niemieckiej do Polski. Nauczyli się polskiego szyfru tak dokładnie jak Steffen Möller. I weszli w polskie podglebie tak głęboko, jak choćby Roland Freudenstein, założyciel w latach 90. warszawskiego przedstawicielstwa Fundacji Adenauera. Gdy Roland wpada dziś z Brukseli do Berlina na posiedzenie polsko-niemieckiej Grupy Kopernika, to zawsze namawia, żeby wpaść do „nieudaczników” i – jak mówi – znowu złapać trochę polskiego bakcyla.

Takich Niemco-Polaków z własnego wyboru – „beetwenerów” jak mawia Möller – są tysiące. Również pod wpływem dziesiątków tysięcy polsko-niemieckich małżeństw żyjących na co dzień na styku obu kultur i języków.

Czciciel gwiazd, miłośnik ogrodów - Marek Bartoszewski

Redakcja
Kiedy w tym roku przybył na tradycyjną „Majówkę” do rezydencji Konsula Generalnego przy Maria Louise Strasse,  zaskoczył gości i gospodarzy. Sztuczkowe spodnie, surdut  i cylinder zmieniły go nie do poznania.  Za to zachowanie pozostało takie jak zawsze: pełne radości, przyjaźni i życzliwości. A jednak wielu mówi, że Markus jest jak Hummel, jak ów legendarny, hamburski Nosiwoda, który zanim zdobył sławę i poważanie musiał się sporo napracować i niejedną tabletkę goryczy przełknąć.
Nie ulega wątpliwości, że ma duszę artysty. Przy tym należy do tych nielicznych, którzy umieją połączyć obowiązki przedsiębiorcy z zamiłowaniami do literatury i sztuki. Jego ulubione tematy dotyczą ogrodów  w polskiej poezji i w światowym malarstwie. Jak z rękawa sypie cytatami z Tuwima, Staffa i Leśmiana.    

Jakby tego mało, ma też zainteresowania z dziedziny astronomii, którą krótko w Warszawie studiował. Nic dziwnego, że letnie noce spędza chętnie przy teleskopie na poddaszu swojej wilii na Rahlstedzie. Nie ma przesady w stwierdzeniu, że Marek Bartoszewski jest tak samo popularny w środowisku hamburskiej Polonii jak Janusz Rudnicki, Robert Szecówka, Ryszard Wojtyłło, jak wielu, ze znanej tu publikacji „Wir Hamburger aus Polen” autorstwa Aleksandry Kuźmińskiej Wojtyłło i dr Elżbiety Górskiej.   

Firma Garten& Landschaftsbau i ogromne Centrum Ogrodnicze na Rahlstedzie w Hamburgu należące do państwa Bartoszewskich od lat cieszą się uznaniem miejscowych.  To sympatyczni ludzie, uczynni,  pracowici, wiarygodni i rzetelni – mówią ich klienci.    U nich jest jak w dobrej rodzinie – dodają pracownicy – liczy się każdy z osobna i wszyscy razem.   Pieniądze nie poprzewracały im w głowach -  oznajmiają ci, co lubią krytykować.

Zachwyt mediów nad Polską. "Jest bogata i sexy"

PAP

“Polska cudu, bogata, optymistyczna i sexy” - to tytuł reportażu, jaki ukazał się we włoskim dzienniku "La Stampa". Jest to pełna zachwytu relacja specjalnego wysłannika gazety w związku z przejęciem przez nasz kraj przewodnictwa w Radzie UE. Tekst otwiera wypowiedź właścicieli włoskiej firmy, produkującej m.in. urządzenia laserowe i roboty przemysłowe, którzy w ciągu tygodnia otworzyli w Krakowie swą filię i zatrudnili grupę młodych polskich inżynierów. Zdaniem Vittorio Caviraniego i jego wspólnika Enrico Grassiego jest to "rekord świata", który jest nie do pobicia w ich zbiurokratyzowanej ojczyźnie. Wysłannik turyńskiej gazety kładzie nacisk na to, że znakomita sytuacja gospodarcza Polski jest wciąż "niedoceniana i za mało znana" we Włoszech.

"Dynamizm gospodarczy lokuje kraj na trzecim miejscu w Europie pod względem nowych miejsc pracy i na pierwszym miejscu w dziedzinie tworzenia miejsc pierwszego zatrudnienia" - czytamy w artykule. Onet jest przyjacielem polskiej prezydencji w Unii Europejskiej "Co dziesiąty student w Europie to Polak” - zauważa "La Stampa" i dodaje: "Ale to, co bardziej się liczy to świadomość dokonania przełomu". Dziennik przytacza sondaże Eurobarometru, z których wynika, że w Polsce spośród wszystkich krajów UE panuje największy optymizm. "Wrażeniem, które szerzy się z rosnącą intensywnością jest stabilność, gospodarcza i polityczna.

Tę zasługę należy przypisać na pewno także powściągliwemu, pragmatycznemu i »niemieckiemu« stylowi liberalnego premiera Donalda Tuska, który sprawił, że zapomniano o populistycznych ciągotach braci Kaczyńskich" - pisze "La Stampa”. Odnotowuje następnie obecność wielu amerykańskich, francuskich, niemieckich i japońskich koncernów w naszym kraju. "O polskim cudzie, który przyczyni się do nadania autorytetu prezydencji kraju spoza strefy euro, ale zmagającej się z kryzysem euro, świadczy to, że Tusk poprosił wraz z przewodnictwem w UE także o miejsce w grupie państw euro, by obserwować jej prace" - zaznacza włoska gazeta. Według autora relacji stan przygotowań do finałów mistrzostw Europy w piłce nożnej w 2012 roku jest "najlepszą syntezą dynamizmu i ambicji” Polski, która jest "największym placem budowy w Europie”. Dziennik na zakończenie przytacza opinię, że najważniejsze jest pokazanie światu wizerunku nowej Polski, która - jak dodaje - stała się "trendy, wręcz sexy”.

Rozstrzygniecie konkursu „Być Polakiem” - 5 lipca w Zamku Królewskim w Warszawie

Agata Lewandowski
Tęsknota za ptasim mlekiem

Czuję się jak Mały Polak poza Polską – to cytat z jednej z 320 prac konkursu dla młodzieży polonijnej pod hasłem „Być Polakiem”.
Nikt do końca nie wie, o czym myślą i za czym tęsknią młodzi Polacy, urodzeni za granicą. Nikt nie robi badań naukowych, jak rozwija się młoda Polonia i ile stanowi procent wśród 20 milionów Polaków, żyjących poza granicami kraju.
Barometrem myśli i uczuć młodzieży polskojęzycznej za granicą mogą być jedynie takie konkursy, jak zorganizowany na początku roku przez Fundację Świat na Tak. Młodzi Polacy za granicą odpowiadali na pytanie: „Co to znaczy być Polakiem?” Prace podzielone były na trzy grupy wiekowe.
Te najmłodsze, wiadomo, były częściowo pracami rodzinnymi. 30-osobowe jury z całego świata zgodziło się na to, że w tym wypadku pomagali rodzice. Przecież to dzięki nim, ich poświęceniu i zaangażowaniu dzieci za granicą nie tracą kontaktu z językiem polskim, który jest pierwszym i podstawowym kanałem komunikacji w celu zachowania tożsamości. Kto za granicą z uporem nie rozmawia ze swoimi dziećmi od urodzenia w języku ojczystym, a potem nie spędza długich wieczorów, czekając na swoją pociechę pod odległą polską szkołą, nie doprowadzi dziecka do „polskości”.
Pomysłodawcą i organizatorem konkursu jest poseł Joanna Fabisiak, która zawodowo jako polonistka, społecznie jako członek Komisji Sejmowej Łączności z Polakami za granicą i prywatnie jako matka i babcia, wie jak ważne jest zachowanie emocjonalnego kontaktu z młodzieżą szczególnie poprzez język.

XIV Zlot Polonijnych Motocyklistow w Visbek/Niemcy, Tradycja zobowiązuje!

Dante
Po legendarnym zeszlorocznym zlocie w Varel sprawa honoru Bractwa bylo zorgnizowanie nastepnego zlotu dla polonijnych motocyklistow, ktory bylby nie gorszy o poprzedniego i mamy nadzieje, ze ten cel osiagnelismy.

144 biekrow bawilo sie przez 3 dni do bialego rana przy rytmach bluesa i rocka w party namiocie. Dziekie grupie z Vechty/Visbek mielismy na terenie zlotu orginalna wojskowa kuchnie polowa gdzie polska grochowa i zupa fasolowa trzymala nas na nogach (ceny byly nawet nizsze niz w zeszlym roku). Oprawa muzyczna w sobote byla kapela Polish Honey Band z ex-Syndicat i ex-Universe muzykami oraz muza z puszki.  

Przyjechalismy na 100 motocyklach calymi rodzinami. Byly glownie chopper’y ale tez enduro’s, scigacze i dwie trajki i WSK i Ural z koszem. Były to marki motocykli takie jak WSK, Ural, Triumph, Ducati, Harley Davidson, Honda, Kawa, Yamaha, Suzi i naturalnie … BMW. Bylo duzo chromu, duzo szerokich tylnych opon i intensywnych kolorow laku. Kto nie mogl przyjechac motocyklem, wskoczyl do samochodem albo do kampera, kto by mial tylko helikopter tez by pewnie nas odwiedzil. Pokazal sie nawet orginalny Ursus i wojskowy GAZ-69. Najmlodszy uczestnik zlotu mial niecaly roczek a najstarszy dobrze powyzej 60 - pampersy gora jak mawial poeta podnoszac przednie kolo.