Życie alternatywne?

Krzysztof Mazowski

Czasem udaję przed samym sobą, że nigdy nie wyjechałem z Polski. Niedawno odzyskałem w naszym starym mieszkaniu mój pokój, opuszczony wiele lat temu, a później zamieniony przez Ojca na skład rzeczy, które ewentualnie mogłyby się jeszcze kiedyś przydać... Kiedy tak leżę na odzyskanym tapczanie w bezsenną polską noc podczas mojego krótkiego pobytu w kraju i patrzę się na odzyskany sufit i myślę, co mogłoby być, a co już nigdy nie będzie. Myślę o moich polskich dzieciach, które nie urodziły się w Polsce, o moich polskich przyjaciołach, z którymi straciłem kontakt, albo których nigdy nie miałem szansy poznać, o artykułach, które mogłem napisać w polskich gazetach, o tym, co mógłbym zrobić w kraju – dla kraju. I wtedy myślę, jak mi smutno mój Boże, coś straciłem, czegoś nie przeżyłem, coś mi odebrano. A może sam sobie odebrałem?

I wtedy udaję, przez chwilę, że nigdy nie wyjechałem z kraju, że rano obudzę się i pójdę do pracy, do której chodziłem od wielu lat, spotkam tam dobrze znanych mi ludzi, potem, wracając do domu zrobię zakupy, jak zwykle, w sklepie na rogu, a może już zrobiła to moja żona, no ale przecież zadzwonimy do siebie z pracy... W domu zjemy obiad, na który może przyjdą nasze dzieci, którym tak dobrze poszło w życiu. Syn i córka skończyli dobre studia i dobrze im się powodzi w życiu, może i wnuki niebawem, które najpierw będą nieznośne, ale potem przeczytają te wszystkie książki, które zaczął gromadzić mój Ojciec, a potem ja... Ale to tylko takie marzenie półsenne, półrealne, a właściwie zupełnie nierelane, choć tak piękne. Ten świat, który mógłby być, może istnieje gdzieś jako byt alternatywny, ale do którego trudno znaleźć drogę, która majaczy czasem tylko na pograniczu snu i jawy w bezsenne polskie noce.


Rano budzę się i w odzyskanym pokoju ustawiam w odzyskanej biblioteczce moje książki z dzieciństwa, które odnalazłem gdzieś w kartonach stojących w piwnicy. W odzyskanej szafie wieszam moje stare ubrania, które leżały w walizkach od stanu wojennego. Otwieram kartony zapakowane przed wyjazdem i oglądam skarby, który schowałem w nich 25 lat temu, długopisy z wyschniętym tuszem, stare zdjęcia, listy, jakieś notatki, które wtedy były tak ważne.
I tak mogę ulec tej machinie czasu, magii wspomnień, czy jak kto woli chorobie psychicznej, sprawiającej, że pacjent przestaje orientować się w czasie i przestrzeni i wydaje mu się, że jest zupełnie kimś innym niż w rzeczywistości. Pytanie tylko – gdzie jest ta prawdziwa rzeczywistość, to prawdziwe życie – czy tu w kraju, czy gdzieś na emigracji, gdzie człowiek nie bardzo wie kim jest, a co gorzej – po co tu jest, dlaczego usiłuje mówić obcym językiem...
Ten nostalgiczny nastrój przerywa dzwonek do drzwi. Przychodzi hydraulik, który uruchomi krany i piecyk gazowy, który przestał działać 25 lat temu i dziwi się, że w mieszkaniu przetrwały oryginalne urządzenia sprzed siedemdziesięciu lat, kiedy zbudowano dom. Dyskretnie udaje, że nie widzi odpadających kafelków, bałaganu, kilkucentymetrowego kurzu, połamanych mebli, zmieszanych z naczyniami kuchennymi i czym tylko się da. Ot taki krajobraz po bitwie, po 25 latach nieobecności.


Potem jest już ciepła woda, z której ponownie skorzystam za rok, kiedy przyjadę następnym razem. Może wtedy wyrzucę wreszcie wyschnięte kwiaty, odpakuję kilka kolejnych kartonów i poustawiam kolejne książki w odzyskanej bibliotece. Potem wieczorem położę się znowu na odzyskanym tapczanie w odzyskanym dziecinnym pokoju i będę znowu marzył, że nigdy stąd nie wyjechałem. Będę tak marzył tydzień, a może dwa, a w końcu któregoś dnia będę musiał wstać rano, zakręcić gaz, zapakować do walizki kupione w Polsce książki, będę musiał wsiąść do autobusu 175 i pojechać na Okęcie. W strefie bezcłowej kupię litr wyborowej i polecę, tak jak 25 lat temu, do Sztokholmu i... będą się cieszyć, że zostawiam za sobą cały ten śmietnik.


Kiedy 25 temu wylądowałem w Sztokholmie, wydawało mi się, że już umarłem, że już jestem na tamtym, a w każdym razie w zupełnie innym świecie. Przywitał mnie przedwczesny szwedzki zmierzch. Paszport miałem tylko w jedną stronę, a w walizce mienie przesiedleńcze. Ludzie mówili zupełnie niezrozumiałym językiem, zlewającym się w ciąg jakiegoś dziwnego gardłowego gęgania. Poczułem wtedy dziwny ból w okolicach serca, który nie był zawałem, lecz bólem egzystencjalnym, który odczuwam do dziś... Okazało się, że można z tym żyć, że z takimi objawami żyje więcej naszych rodaków, którzy, choć niechętnie się z tego zwierzają to jednak czasem się do tego przyznają, stąd wiem. I wtedy zaczęło się wielkie udawanie, że wszystko jest w porządku, że przecież, żyjąc w PRL-u zawsze marzyliśmy o wyjeździe, o dżinsach i płytach, nie mówiąc już o wolności...


Szybko jednak okazało się, że dżinsy i płyty nie bawią, kiedy są łatwo dostępne, że w pełnych sklepach brak polskiego chleba, że oferowana praca w monachijskim radio wcale nie kusi. Słuchałem wtedy polską jedynkę odbieraną w Szwecji z podobnymi zakłóceniami, jak kiedyś Wolna Europa... Słuchałem Kaczmarskiego z kasety i wierzyłem, że mury runą. Czułem się strasznie zmęczony. Potem, kiedy te mury już runęły, byłem tak zmęczony czekaniem, że już się nawet nie cieszyłem, choć coś oczywiście czułem. Kaden-Bandrowski po pierwszej wojnie nazwał to radością z odzyskanego śmietnika.


Dzisiaj znowu słucham jedynki, tym razem przez Internet. Zaczynam dzień od Sygnałów Dnia. Wieczorem oglądam polski dziennik telewizyjny, także przez Internet. Raz w roku jeżdżę do Polski porządkować mój odzyskany śmietnik i trochę pomarzyć o tym, że nigdy stąd nie wyjechałem.

Krzysztof Mazowski, Szwecja